Żyjemy w szalonym świecie. Realnie niesamowicie nawet zwariowanym i pokręconym, tak bardzo, że żaden człowiek na poczekaniu nie wymyśliłby nic aż tak strasznie absurdalnego. Sny szaleńców zdają się mieć większy sens niż otaczająca nas rzeczywistość. Znałam pewnego człowieka, który oddałby wszystko, byle jedynie poznać dziwne rzeczy tego świata. Ale nie byle jakie musiały być to rzeczy – zależało mu na tym, by zgromadzić, albo ujrzeć na własne oczy każdy przedmiot, usłyszeć lub przeczytać każdą myśl, jaka w jego opinii mogła wydawać się kompletnym dziwactwem. Trzeba przyznać, że nie był zbyt wybredny w tej kwestii, zatem cieszył się nawet z tak małych rzeczy, jak zegarek w kształcie żółwia, czy farba w kolorze ,oschłej śliwki w październiku.” Niemniej jednak miał marzenie spostrzec wszelkie dziwne domy, postawione ludzką ręką i spowodowane nieograniczoną wyobraźnią człowieka. Dlatego również pewnego pięknego dnia, w samo południe postanowił wyselekcjonować się w podróż dookoła świata, by spostrzec te cuda. To nie tak, że zaraz wyjechał, o nie, on po prostu zabrał się za intensywne planowanie indywidualnej wycieczki. Zbierał dane, rysował mapy, obliczał koszty podróży, wybierał najbardziej ekstrawaganckie środki transportu i rozglądał się za bagażem, który z daleka będzie krzyczał o zamiłowaniu do dziwactw swojego właściciela. Na te przygotowania zeszło mu jakieś dwadzieścia osiem lat z hakiem, tak bardzo się zapędził w możliwie jak największym udziwnianiu swej podróży, że wręcz nie zauważył, jak zbliża się do wieku, w jakim umiera statystyczny mężczyzna o jego kondycji. Tak więc wziął i umarł w butach, w progu, tuz przed tym, jak miał wsiąść do samochodu ciągniętego poprzez koci zaprzęg. Zostały nam po nim jego dziwne meble i wspomnienia, jakie notował jedynie sobie znanym językiem.